Strona 1 z 12

Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:01
autor: Dorszka
Nie wiem, czy mogę się już cieszyć, bardzo proszę o kciuki cały czas, bo stale są potrzebne :serce: Jeśli się uda, to będzie więcej, niż sobie wymarzyłam :milosc:

Na ten miot czekam już od bardzo dawna, przeplatając pokolenia i układając wszystko a to pod kątem temperamentu, a to pod kątem koloru, a przede wszystkim czekając na owoce poprzednich połączeń, czy są zdrowe, czy nie chorują na jakieś poważne schorzenia. Czekanie w hodowli ma jedną zasadniczą wadę - to żywe organizmy, dziś jest wszystko dobrze, a jutro może być kastracja, jak w przypadku Borgii, albo śmierć, jak w przypadku Ino. Choćbyśmy nie wiem jak badali, nie da się wszystkiego ułożyć ani przewidzieć. Tak naprawdę niczego się nie da.

Pierwszy raz przekonałam się o tym 10 lat temu, odwlekając swoje wymarzone krycie u Borgii - zaplanowane było z inbredem, na konkretnego kocura, którego linii dziś chyba nikt z hodowców już nie ma, nawet nie wiem, czy o niej pamiętają, a któremu zawdzięczam łapska i kościec większości swoich kotów. Kot nazywał się Pulpet, to znaczy fachowo nazywał się Je veux l'amour de la Poupette, ojciec Borgii, dziadek Fado. Podobnie jak teraz, chciałam poczekać, zobaczyć, jak będą rosły dzieci Borgii zanim zdecyduję się na krycie. Niestety, weterynarz konował (rzadko na kogokolwiek naskakuję, ale tutaj nie mam wątpliwości żadnych) kosztował mnie 10 lat temu utratę dwóch kociąt, trzecie, czyli Fado, uratowałam chyba siłą woli własną i jego kurczowym trzymaniem się życia, reanimując go przez 40 minut. Borgia to wydarzenie przypłaciła zapaleniem otrzewnej, które omal jej nie zabiło, a w dalszej perspektywie kosztowało ją przedwczesną kastrację. Ale jest z nami, bezczelnie łapą targa mi włosy, gdy za długo nie zwracam na nią uwagi, i podarowała mi jeszcze Inuszkę, moja perełkę kochaną, która towarzyszy mi codziennie w myślach, i wita mnie za każdym razem, gdy otwieram swoją stronę :serce:

Nie mam zwyczaju oglądać się za siebie, no może czasami jakaś zadra tkwi za głęboko i jątrzy, ale generalnie dość sprawnie chowam wszystkie swoje trupy po szafach, i nie wyciągam ich ponownie. Opracowałam kolejny plan, który tym razem obliczony był na znacznie dłużej, ale na wyprowadzenie kocura, a nie kotki, jak początkowo przed 10 laty zakładałam. Po stronie męskiej zaplanowanej do krycia zależało mi na wprowadzeniu czekolady i wyciszeniu temperamentu, "zużyłam" na to kolejne dwa pokolenia, ale udało się. Django niesie czekoladę, niesie rozjaśnienie, jest bardzo stabilny emocjonalnie, chociaż nie tak namolny, jak Fado, to cudownie kochany i sprawdzający się w sytuacjach skrajnych, takich jak weterynarz czy wystawy. Jest cykorem, tutaj nie ma co owijać w bawełnę, ale w tym wszystkim nie wpada w panikę, która Fadusiowi każe walczyć o życie już przy obcinaniu paznokci (to po babci :lol: ). Dzieci Django cudownie tę stabilność niosą, dziedzicząc równocześnie po dziadku Fado solidną budowę, solidniejszą, niż może pochwalić się sam Django.

Po stronie żeńskiej musiałam również wprowadzić Pulpetowe geny, ale zależało mi, żeby była to dziewczynka z liniami Arabiki, cudownej kotki o stabilnej psychice, przy tym również dużej i kształtnej, z bardzo gęstym futrem. Moim wyborem została Vesper, kochane dziecko, które nigdy nie dorosło, w sumie teraz do mnie dotarło, że mam do niej tak ogromną słabość chyba dlatego, że w zachowaniu bardzo przypomina Ino, jest stale gotowa do kontaktu i na pieszczoty, i chociaż łebka nie podaje w podskoku, to grzbiecik i gruchanie rozczula mnie ogromnie. Z wielkim strachem, pamiętając, co stało się 10 lat temu, postanowiłam poczekać, sprawdzić ją najpierw z obcym kocurem, zobaczyć, jak będą rozwijać się jej dzieci. Tak więc pojechała Vesper do cudnego niebieskiego kawalera, wydała na świat piękny miot, który w ciągu czterech dni w całości powędrował za Tęczowy Most, bo urodził się przedwcześnie, wydała na świat kolejny piękny miot, potem po raz trzeci pojechała do swojego ukochanego, i się "zepsuła" :(((( Kocięta przyszły na świat szczęśliwie, ale były tylko dwa, wydobyte w sumie na szczęście przez cc, bo po drugiej stronie, w drugim rogu macicy było już tylko "cmentarzysko", ropne pozostałości po zamarłych płodach.

Vesper została po tej przygodzie przeleczona bardzo dokładnie, przebadana, kiedy odchowała tę dwójeczkę, miała już z Django 3,5 roku, i postanowiłam, że za kilka miesięcy już czas na nich. Ciąża znów była malutka, jedno kocię, które przyszło na świat szczęśliwie, ale w drugiej dobie odeszło. Oczywiście podejrzewałyśmy jakiś stan zapalny w macicy, że coś pozostało po ostatniej ciąży, porobiłyśmy preparaty ze zmarłego kociaka, z wydzielin z samej Vesper, bo jeszcze się oczyszczała z resztek poporodowych, z czego się dało, i nic nie wyszło. Kota niby zdrowa. Oczywiście niekiedy po prostu tak się dzieje, to nie był pierwszy kociak, który zgasł u mnie po urodzeniu, chociaż wydawał się silny i zdrowy. Ja się wypłakałam, Vesper nie, bo wtedy był miot RR, którym Raya już nie bardzo się zajmowała, I Vesper szczęśliwa przejęła nad nim opiekę, jak gdyby nic się nie stało. Po odpowiednim czasie dostała rujkę, i pwędrowała do Django. Tym razem były dwa kocięta, znów po jednej stronie. O czasie zaczął się poród, wydawał się zwyczajny, z silnymi skurczami i w bardzo dobrej kondycji samej Vesper. Nie lubię małych miotów, często wymagają interwencji, bo kociaki słabo wszystko pobudzają, i porody są wtedy długie, często za długie. Tu jednak wszystko wyglądało książkowo. Dałyśmy się z wetką zwieść bardzo dobremu początkowi, i czekałyśmy. Niestety, pierwszy kociak utknął, i kiedy Vesper go w końcu wypchnęła, był już martwy. Dla drugiego ta przerwa też okazała się za długa. Nie będę Wam opisywać swojego stanu, bo nie ma po co. Vesper zupełnie szczęśliwa, bo na świecie były wtedy mioty CCC i TT. Przygarnęła wszystkich, stając się ich trzecią mamą.

To teraz, to było trzecie podejście, w zasadzie pogodziłam się z myślą, że nie damy rady. Tym razem umówiłam się z wet, że w planowym czasie zrobimy cesarkę, niezależnie od tego, jak będzie zapowiadał się poród. Brzuszek był mały, obstawiałam maksymalnie dwa kociaki. Z jednej strony wierzgające łapki, z drugiej nic się nie ruszało. Na 10 dni przed porodem Vesper straciła apetyt, to bardzo zły znak, byłam pewna, że drugi kociak nie żyje. USG pokazało dwa płody, jeden wierzgający ze słoneczkiem, jak nazywam bijące serduszka, tak pięknie rozbłyskują na ekranie monitora. Po drugiej stronie - trudno było określić, ja uznałam, że to na pewno martwe kocię, i uprosiłam wet o antybiotyk, żeby uchronić tego wierzgacza po drugiej stronie. Idealnie planowo Vesper zaczęła się odczopowywać, i idealnie o czasie pojechałam na zabieg.

Jakie miałam szanse na swoje marzenie? Uznałam, że żadne. Co prawda Negra też z zewnętrznego krycia przyjechała tylko z jednym kotkiem, był w kolorze, w którym w 90% przypadku rodzą się chłopcy, a jednak okazał się dziewczynką. Marzenia zazwyczaj są wielkie, moje było takie, żeby chłopiec, żeby bikolor, żeby czeko albo liliowy, żeby w końcu bez długiego włosa... Wiadomo, że to marzenia ściętej głowy na jedno krycie. Plan był taki, że Vesper będzie miała nie tylko jeden miot z Django, i że wyczekam tego upragnionego bąbla. Ale jak ją wtedy zawiozłam, było mi wszystko jedno, chciałam tylko, żeby to kocię było żywe i zdrowe, bo tym razem nie miałam "dzieci zastępczych". Nie ma nic straszniejszego od utraty dzieci, i w świecie zwierząt wygląda to dokładnie tak samo, jak w naszym ludzkim. Nigdy nie zapomnę rozpaczy Clary przed wieloma laty, gdy straciła swojego jedynaka przy porodzie. To jest nie do opisania. Jechałam więc odarta już ze wszelkich marzeń czy oczekiwań, chciałam tylko, żeby ten kotek żył, i żeby był zdrowy. Nie zostałam w gabinecie, stres była dla mnie niemal nie do udźwignięcia, wyszłam na zewnątrz i czekałam na wiadomość.

Po pół godzinie przyszedł SMS "Na moje oko chłopak." Jak idiotka odpisałam biegnąc do gabinetu, dosłownie cytuję, "Czy żyje dobrze?" "Żyje, i czeka :)"

Wbiegłam do gabinetu, Vesper jeszcze miała zakładane szwy, a nasze dziecko leżało na poduszce, i faktycznie było niezaprzeczalnym chłopcem.

Dziś o 12 minęła czwarta doba jego życia. Rośnie, jest silny, ale ja ciągle wypatruję, że zaraz będzie jakaś zapaść, zupełnie nie potrafię się od tego uwolnić. Niestety, po raz pierwszy w życiu Vesper nie podjęła opieki na kocięciem. Nie dostała też prawie mleka, ot sutki się powiększyły, ale nie włączyły magicznego "trybu matka". Jest spokojna, ma apetyt,chociaż nie taki, jakiego bym oczekiwała, jak podstawiam, to chwilę z nim poleży, ale jak tylko mały popiszczy, zrywa się jak od trędowatego. Przestałam już ją pobudzać, on na nią czeka, jeśli Vesper się otworzy, to wróci do niego. Tak się zdarza, Raya odrzuciła swoje pierwsze dziecko dokumentnie, tyle że wtedy miałam drugą matkę. Tym razem nie mam. Czyli ja mam kolejnego kurczaka, tyle, że z całym podniebieniem :rotfl:

Jestem bardzo zmęczona, fizycznie wstawaniem w nocy co dwie godziny, psychicznie ciągłym strachem, że zaraz coś się stanie. Maluch tymczasem sobie rośnie, ma już 165 gramów ze 118 gramów wagi urodzeniowej, i na razie jest dobrze. Ciągle tylko się boje, że popełnię jakiś błąd. W tych krótkich momentach snu ciągle śnią mi się odchodzące kocięta, i wszystkie z mojej winy oczywiście.

Trzymajcie kciuki, żeby Kociątko przeżyło. Trzymajcie kciuki, żeby odrzucenie go przez Vesper było jedynie wynikiem niedostatku hormonów, jak to miało miejsce u Rayi, a nie jakichś poważniejszych zawirowań w jej organiźmie. Wstyd mi prosić Was o to, bo macie poważniejsze powody do próśb o kciuki. Ale w wolnych chwilach, na momencik, potrzymajcie.
czeko-2018maj3-01.jpg

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:29
autor: Justi_x
Czekoladowy bikolorek?
:mago2: :redrose:
Gratulacje!!!
Spełnienie marzeń :)
Będzie dobrze.
Dacie radę.
Trzymamy z Werą kciuki, a Tajfun i Luna się przyłączają.

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:30
autor: Luinloth
Gratulacje :kwiatek:
I trzymam kciuki giganty za Was wszystkich, za maluszka by zdrowo rósł, za mamunię by się ogarnęła, i za różową matkę zastępczą by miała siłę i cierpliwość :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki:

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:39
autor: PyzowePany
Pani Dorotko, jest Pani idealnym przykładem na to, że marzenia się nie spełniają, tylko marzenia się spełnia :serce: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki:
rośnij duży okrąglutki maluszku :kotek: :kotek:

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:43
autor: maga
Kciuków pełna moc ....

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 14:52
autor: agniecha
Trzymam za maluszka i obydwie mamy :kciuki: :kciuki: :kciuki:

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 15:06
autor: asiak
Ogromniaste kciuki :kciuki: :kciuki: :kciuki:

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 15:26
autor: MoniQ
Trzymam bardzo, bardzo mocno kciuki! I wszystko inne co można trzymać w takiej sytuacji też :kciuki:

I naprawdę, bluźnią ci którzy mówią, że hodowla to taki łatwy i przyjemny zarobek....

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 15:53
autor: yamaha
O rany, ale historia :mdleje:
GRATULUJE tego babla malego, fajna ma lepetyne :milosc: :milosc: :milosc:

"Marzenia zazwyczaj są wielkie, moje było takie, żeby chłopiec, żeby bikolor, żeby czeko albo liliowy, żeby w końcu beż długiego włosa... "
Za "bez dlugiego wlosa" troche sie obrazam. O. :devil:
No ale niech Ci tam, jak juz masz byc taka SZCZESLIWA to niech sobie nie niesie, niech strace. :saint:

Re: Coś, na co czekałam 10 lat :)

: 04 maja 2018, 16:08
autor: ozon
Trzymam z całej siły :kciuki: za wszystko, co teraz ważne i potrzebne.

I za Pani spokój ducha, Pani Dorotko.